Users Online
Guests Online: 1

Members Online: 0

Total Members: 273
Newest Member: logomines
Login
Username

Password



Not a member yet?
Click here to register.

Forgotten your password?
Request a new one here.
Last Fm
Relacja z Nowego Yorku Posted by Thor on August 21 2007

Relacja: Therion, Beyond The Embrance, New York (USA), "BB Kings"
14.09.2005

Nowy Jork... w tym niezwykłym mieście było mi dane spędzić miesiąc tegorocznych wakzcji. Wszelkie podróże mają na ogół to do siebie, że w ich trakcie wydarz się coś niespodziewanego, mają miejsce ciekawe zbiegi okoliczności, niespodzianki miłe i niemiłe, itd. Nie inaczej było i tym razem, z tym, że o jednej takiej miłej niespodziance widziałem już na długo przed wyjazdem. Otóż 14 września przypadał dzień koncertu Theriona w Nowym Jorku właśnie. Nie wymagało długiego czasu podjęcie postanowienia, że nie powinno mnie tam zabraknąć, za to na jego realizację przyszło już trochę poczekać. Nadspodziewanie łatwo kuzyn z któym mieszkałem dał sie namówić na współuczestnictwo w tym wydarzeniu, właściwie to nawet nie zdążyłem go zacząć na mawiać i tak oto od momentu, w którym okolo 18 spotkaliśmy się na Manhattanie po mojej niezbyt owocnej z powodu dużego zachmurzenia wizycie w
Empire State Building, rozpoczyna się ciąg wydarzeń bezpośrednio związanych z koncertem. Po wizycie w McDonald's - przybytku amerykańskości i pochłonięciu Mc Zestawu z wzbogacanego płynem wysokoprocentowym udaliśmy się do celu. Times Square po zmierzchu wygląda niesamowicie, wszystko jest niesamowicie rozświetlone i kolorowe, a dookoła tylko wysokie budynki, jedne wyższe od drugich. I gdzieś w tym gąszczu wieżowców, świateł i neonów znajduje się klub B.B. Kings, gdzie odbyć miał się koncert. Miejsce całkiem przyjemne, z przestronnym wnętrzem i ochroniarzami pozwalającymi wnosić aparaty. Tylko wszystkie miejsca siedzące, choć puste, to przeznaczone tylko dla jedzących coś uprzednio kupionego za horrendalną cenę. Za prawie że najtańszego drinka zapłaciłem 10$. W Polsce chyba ręka by mi uschła, tam się jakoś łatwiej te pieniądze wydaje... Trochę poczekaliśmy, dobrą chwilę siedząc wbrew zakazowi, zanim nas kulturalnie ktoś z wygodnych krzesełek nie wyprosił, aż w końcu zaczął się koncert. Jako support wystąpił absolutnie nie znany mi wcześniej zespół Beyond the Embrace. Zrobił na mnie zupełnie dobre wrażenie. Grają dość ostrą, ale też dość melodyjną muzykę, coś mniej więcej na modłę At The Gates/In Flames/coś z Arch Enemy może by się tam też znalazło, choć na wokalu jak najbardziej niekobieta. Pod koniec nawet ze dwie piosenki niczym Iron Maiden zagrali z trzema gitarami i wyszło im to nawet nieźle. Po nie za długim i nie za krótkim występie panowie opuścili scenę i przyszedł moment oczekiwania na gwiazdę wieczoru. Minuty wlokły się niemiłosiernie, ale na szczęście strojenie nie trwało aż tak długo i występ w końcu się rozpoczął. Na początku oczywiście Blood of Kingu, później Uthark Runa - żadne zaskoczenie, ale też absolutnie żadne rozczarowanie, chociaż po cichu liczyłem, że setlista będzie trochę inna niż w Polsce i będę miał okazję zobaczyć nwykonanie na żywo jakichś innych utworów. I oto przy pierwszych dźwiękach kolejnego utworu oczekiwanie to się spełniło, bo zabrzmiało Invocation of Naamah. Właściwie przez cały czas byłe gdzieś blisko sceny i na początku prawie w ogóle nie słyszałem chórów i ogólnie jakość dźwięku nie była najlepsza. Z czasem mój przytępiony już wtedy nieco słuch jakoś się do tego przyzwyczaił i szystko słyszałem jako tako dobrze. Pewnie wrażenia słuchowe byłyby lepsze gdzieś dalej. Kompletnie zaskoczyła mnie za to publiczność, która zwłaszcza na początku była niesamowicie drętwa i statyczna. Rozumiem, że nie każdemu chce się skakać, ruszać, krzyczeć i takie inne koncertowe rzeczy robić, ale jednak we Wrocławiu i podejrzewam, że nie tylko, coś się jednak naprawdę działo i to bez porównania więcej przy mniejszej (chyba) liczbie osób. Tutaj było ich, jak się później dowiedziałem, 512, co zważywszy na liczebność miasta i okolic jest liczbą moim zdaniem bardzo ale to bardzo małą. Wracając do samego występu, później przyszła kolej na kolejne dwa nie grane w Polsce utwory - Riders of Theli i Black Sun. W dalszej kolejności Invincible, Typhon, Ginnungagap, Seven Secrets of the Sphinx, Asgard, Schwarzalbenheim i The Khlysti Evangelist, po czym zespół zszedł ze sceny. Jeżeli chodzi o choreografię, to właściwie była bardzo podobna, jak w Polsce. Czasem Panie majestatycznie podnosiły ręce, zespół dawał z siebie ile mógł, chór od czasu do czasu schodził ze sceny, po czym pojawiał się znowu gdy był potrzebny. Tylko wszyscy, poza Chrisem, Matsem i braćmi Niemann, którzy widać, że na scenie są w swoim żywiole, wydawali się jacyś tacy bardziej rozluźnieni i swobodni na scenie. Tyczy się to zwłaszcza perkusisty, który widać, że jakoś okrzepł już chyba w zespole i radzi sobie coraz lepiej. Chociaż mógłby swój zestaw rozbudować jakoś efektowniej, bo trochę śmiesznie wygląda, gdy support ma większą perkusję od głównej gwiazdy, no ale to detal nie mający większego wpływu na samą muzykę. Również dużej pani sopranistce spod maską wyniosłości wydobył się od czasu do czasu życzliwy uśmiech w stronę publiczności i wydawała się jakby bardziej obyta z sytuacją niż wcześniej. Nie mogłoby oczywiście być koncertu Theriona bez To Mega Therion i nawet szybciej niż się spodziewałem zespółwyszedł na pierwszy bis i zagrał to czego należało się spodziewać - Cults of the Shadow i To Mega Therion. Potem krótka przerwa i znowu bis - tym razem covery: Black Funeral zespołu Mercyful Fate i Iron Fist legendarnego Motorhead, tego drugiego we Wrocławiu nie grali, więc cieszyłem się, że coś nowego mogę usłyszeć. Wszystko zleciało niemalże w okamgnieniu, ale bawiłem się świetnie i z koncertu jestem bardzo, bardzo zadowolony, bo Bestia jak należało się spodziewać pokazała klasę. Tym niemniej spory niedosyt pozostawia brak Siren of the Woods w setliście, bo chętnie usłyszałbym ten piękny utwór na żywo jeszcze raz i większość ludzi obecnych na koncercie na pewno też. Inne piosenki grane w Polsce, a niegrane tutaj też by się przydały, no ale cóż, coś za coś, nie można mieć wszystkiego. Publiczność, pomimo obecności, co najmniej kilkorga Polaków, nie dorasta moim zdaniem Polskiej do pięt, chociaż pod koniec koncertu się trochę ożywiło, nawet jakiś moshpit się zdarzył od czasu do czasu. Z moich obserwacji wynika, że ludzie o meksykańskich rysach twarzy względnie największym temperamentem się tam odznaczali. W trakcie koncertu uszło to mojej uwadze, ale miały miejsce takie zdarzenia, jak kradzież ze sceny kostki oraz wydzieranie Chrisowi mikrowfonu i krzyczenie do niego, w dość ostrych słowach napiętnowane później przez Johnsona w dość ostrych słowach na forum. A mówi się, że to u nas dzikszy kraj... Ogólnie jednak koncert był jak najbardziej godzien wydania ok 30$ na bilet (choć w drodze powrotnej chwilę rozmawiałem z jedną wracającą z niego dziewczyną, ktróra okazała się Polką i była zawiedziona, że orkiestry nie było i będę z niecierpliwością czekał na kolejne występy w Polsce.


Michał Radliński

Comments
No Comments have been Posted.
Post Comment
Please Login to Post a Comment.